niedziela, 12 sierpnia 2012

Zawody balonowe w Olsztynie

Tym razem spóźnione zdjęcia z zawodów balonowych w Olsztynie. W dniu 26 lipca odbyła się konkurencja: start z lotniska. Starty są bardzo widowiskowe, szczególnie kiedy można je oglądać z bliska. Zastanawiam się jednak jak to jest z tymi balonami (a jestem tu zupełnym laikiem). Sterować można nimi w górę i w dół. A jak jest z kierunkiem lotu? Wygląda na to, że balony lecą tam, gdzie zawieje wiatr. Balony startowały późnym wieczorem i długo zastanawiałem się, czy udało im się wylądować przed zmrokiem. A gdzie ? Zapewne w zbożu na środku pola jakiegoś wściekłego rolnika.









wtorek, 19 czerwca 2012

Bobry rozrabiają w Zimnej Wodzie

W miejscowości Zmina Woda, położonej na trasie Nidzica - Jedwabno, znalazłem takie oto widoczki. W samym centrum wsi bobry zbudowały tamę długości około 10 metrów. Spiętrzyły wodę na wysokość co najmniej pół metra. Zrobiłem zdjęcia samej tamy i zalanego lasu. Bobry nie były towarzyskie. Jeden machnął ogonem rozchlapując wodę, zanurkował i tyle go widziałem.
Kaczora - tego z dowcipu - nie spotkałem.










poniedziałek, 11 czerwca 2012

Zrujnowany symbol miasta - olsztyńskie wiadukty kolejowe

Wiadukty / mosty kolejowe pojawiły się w krajobrazie Olsztyna w drugiej połowie XIX wieku. Pierwszy powstał w latach 1872-1873, w związku z szeroko zakrojonym projektem budowy sieci linii kolejowych w Prusach Wschodnich. Dzięki budowie mostów utworzono pierwsze w Olsztynie połączenie kolejowe, prowadzące do Czerwonki i Ostródy. W 1892 roku zbudowano drugi, bliźniaczy wiadukt. Wiadukty mają wysokość ok. 20 metrów, licząc od poziomu rzeki Łyny. Podczas jazdy pociągiem z wiaduktów widać przepiękną panoramę miasta.

Wiadukty te są chyba najbardziej charakterystycznym symbolem Olsztyna. Za takie symbole można uznać także wiele innych budowli. Jednak prawie każde miasto ma stary ratusz. Zamków z czerwonej cegły również w Polsce nie brakuje. Gotyckie kościoły można spotkać równie często. A takich zbudowanych z cegły starych wiaduktów, do tego jak na razie w pełni funkcjonalnych i nadal użytkowanych – ze świecą szukać.


Ale to się może wkrótce zmienić. W 1977 roku wiadukty zostały wpisane na listę zabytków. I co z tego? Wiadukty popadają w coraz większą ruinę. Szczególnie wiadukt południowy, ten od strony zamku.

Widać to na zdjęciach. Normalnie podziwiamy wiadukty z oddali, zasłaniają je drzewa, nie zauważamy zniszczeń. Tak jak ich nie widać na zdjęciu poniżej: 


Dopiero widok widziany dzięki przybliżeniu, jakie daje obiektyw aparatu fotograficznego, powoduje że ciarki przechodzą po plecach. Wiadukt się sypie. Szczególnie ten południowy. W mojej ocenie jego stan jest wręcz fatalny. Cegły zlasowały się w sposób zatrważający. W niektórych miejscach zlasowała się cała warstwa żółtych cegieł, a wilgoć sięga już do czerwonej warstwy nośnej, tworzącej łuki wiaduktu.




Stare niemieckie XIX-wieczne budowle miały przemyślane systemy odprowadzania wody. Dzisiaj często osoby prowadzące remonty takich budowli nie zdają sobie sprawy z ich istnienia lub ich wagi. Niszczą na przykład drenaże wokół starych kamienic, a potem niespodziewanie woda zbiera się w piwnicach.

Tak mogło być również w przypadku wiaduktów. Może przy kolejnym przekładaniu torów taki system odprowadzający wodę został zniszczony lub zatkany ?

Już teraz wiadukt groźny jest dla przechodzących pod nim ludzi. Cegły się sypią, spadają na głowy – widoczne są już ubytki.

Całe szczęście, że wiadukt północny jest w trochę lepszym stanie. Może dlatego, że częściowo cegłę zastąpiono tu kamieniem.


Z tego co wiem, za utrzymanie torowisk i wszelkich mostów kolejowych odpowiedzialna jest firma PKP Polskie Linie Kolejowe. Na co czekają ? Aż most zagrożony będzie zawaleniem ? Czy znajdzie się ktoś, kto będzie umiał zrekonstruować takie wiadukty (czytaj: zbudować od nowa) ? A może łatwiej będzie zbudować nowoczesną konstrukcję z żelbetu ? A może właśnie o to chodzi ?


Podobny problem miało niedawno miasto Wałbrzych. Tam również stary wiadukt, tyle tylko że stalowy, stał się niebezpieczny. Co zrobiły władze Miasta Wałbrzycha ? Pokazały, że mają charakter.

Tu zacytuję fragment relacji z portalu „RYNEK KOLEJOWY”:

„Mimo deklaracji składanych przez przedstawicieli PKP o stałej kontroli stanu technicznego wiaduktów, będą go również kontrolować strażnicy miejscy. – Jeżeli stwierdzimy uchybienia, straż miejska będzie mogła wystąpić do Sądu Grodzkiego o ukaranie właściciela za niezabezpieczenie obiektu, który stanowi zagrożenie – powiedziałą "Gazecie Wrocławskiej" Anna Żabska, asystentka prezydenta Wałbrzycha. W przypadku nasilania się problemów związanych ze stanem technicznym wiaduktów, władze Wałbrzycha rozważają możliwość zgłoszenia problemu do Powiatowego Inspektora Budowlanego.”

Pełna ralacja tutaj:
http://www.rynek-kolejowy.pl/31978/Walbrzych_wstydzi_sie_wiaduktow_kolejowych.htm

A co zrobią władze Miasta Olsztyna ?

środa, 6 czerwca 2012

Historia w stereoskopie: pruskie okopy - preußischen Schützgräben


W ostatnią niedzielę trafiłem na giełdę staroci w miejscowości Olszyny koło Szczytna. Fantastyczne miejsce dla wielbicieli staroci, birofilów i osób które chcą urządzić dom w starym stylu. Kupiłem tam prezentowane poniżej fotografie stereoskopowe, przedstawiające pruskie okopy w czasie pierwszej wojny światowej (również kilka innych). Fotografie są wyjątkowe, bardzo dobre jakościowo, ostre, pokolorowane bardzo naturalnie.
Życie w okopach nie było tak sielankowe jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Fotografie są wyraźnie upozowane – cisza, spokój, nic się nie dzieje, można usiąść i odpocząć, zapalić papierosa.
Tylko ostatnia fotografia oddaje prawdziwy obraz wojny. Jest zima, a okopy kopać trzeba. Co z tego, że na dnie zbiera się woda. Jak przyjdzie do walki, trzeba będzie stać w niej po kostki.







Wojna to nie sielanka. Często kopane własnoręcznie okopy stawały się grobem żołnierzy. Tak było pod Verdun, słynnego z „okopu bagnetów”, gdzie po silnym niemieckim ostrzale artyleryjskim okazało się, że francuski okop cały został zasypany wraz z żołnierzami, a nad ziemię wystają jedynie bagnety długich francuskich karabinów.
Tak było również pod Tannenbergiem. Na poniższej fotografii zaczerpniętej z książki pod tytułem „Tannenberg” wydanej w Berlinie w 1926 roku, widać rosyjski okop pełen poległych carskich żołnierzy jednego z pułków lewoskrzydłowego I-go korpusu armii Generała Samsonowa.


środa, 23 maja 2012

Parowce – dawnych podróży czar

Dziś podróżuje się szybko i dosyć tanio. Lot samolotem trwa kilka godzin. Bilety są w różnych cenach, jednak widziałem bilety nawet po 4 złote (tak, słownie: cztery) do Norwegii.
Dawniej, w okresie międzywojennym, podróż za ocean to był ogromny wydatek. A podróż trwała kilka tygodni.
W takiej podróży statkiem było coś romantycznego, odkrywczego. Każdy z podróżników był niczym Krzysztof Kolumb odkrywający Amerykę.

Niech uroki takich podróży przybliżą stare fotografie.

Na początek S/S Kościuszko - zbudowany w 1915 roku przez Barclay Curle & Company w Glasgow dla rosyjskiego armatora Russian-American Line pływał początkowo jako "Caryca". Jego dalsze koleje były zawiłe – po zakończeniu wojny i krótkim epizodzie pod banderą duńską, trafił wreszcie do Polski. Tu pływał na liniach nowojorskiej i lewantyńskiej (wschodniej) oraz jako wycieczkowiec.


Podróż takim statkiem musiała być dość uciążliwa. Kotły opalane były węglem, a kominy potwornie dymiły. Założenie białej koszuli nie było zbyt mądrym krokiem. Pasażerowie rozstawiali leżaki wśród zwojów lin, łańcuchów i stalowych bębnów.

Dzisiaj transatlantyckie liniowce zastąpiły wycieczkowce. Już nikt nie wybiera się za ocean statkiem. Tak jak poniżej Pan Józef Miziołek wybrał się w rejs do Ameryki Południowej statkiem MV „Alcantara” Towarzystwa „Royal Mail Line”.

Napis na tablicy trzymanej przez oficera brzmi:

Grupa Pasażerów z Polski
Jadących Trzecią Klasą do
Ameryki Południowej Okrętem
Alcantaria Towarzystwa
Royal Mail Line
4 Lipiec 1928

Osoby ze zdjęcia nie wyglądają na bogatych utracjuszy. Należy więc sądzić, że Józef Miziołek był emigrantem szukającym lepszego życia za oceanem. Ciekawe, czy w Ameryce Południowej żyją jeszcze jego potomkowie?
Statkiem tym pływał również Jan Kiepura. We wrześniu 1929 roku na pokładzie MV "Alcantara" wracał do Europy z tournee po Ameryce Południowej rejsem z Buenos Aires.

Transatlantyckie liniowce oferowały bardzo zróżnicowany standard podróży, dla biednych i dla bogatych. Niektórzy pasażerowie pływali we wręcz pałacowych wnętrzach, jakie oferował na przykład liniowiec „Hamburg” należący do Towarzystwa „Hamburg-Amerika Line”.

Tutaj salon pierwszej klasy:


Salonik dla dam, również pierwszej klasy:


I pokład spacerowy – musiał być duży, bo pasażerom czas chyba się potwornie dłużył:


Aby jednak niektórzy mogli dobrzy bawić się na salonach statku przy dźwiękach orkiestry, wielu innych musiało się potwornie napracować. Parowiec zużywał ogromne ilości węgla. Trzeba było go jakoś załadować. Tak jak tu, parowiec S/S „Siberia” w porcie w Nagasaki w Japonii ładowany jest ręcznie z małych barek. Ludzie, w większości kobiety, ładują węgiel do wiklinowych koszy. Ustawieni piętrowo, stojąc na podwieszonych na linach platformach, podają sobie wypełnione węglem kosze z rąk do rak i wsypują węgiel do otwartych luków. Zgodnie z opisem zdjęcia statek wypływa niedługo w rejs do San Francisco. Podróż zajmie od 14 do 18 dni. Rekord załadunku węgla to 1210 ton w 3 godziny i 15 minut – wychodzi 372 tony na godzinę !!! Z użyciem wiklinowych koszy !!!